Należy promować Polskę - do Telamacha
 Oceń wpis
   

Nie mam zielonego pojęcia jak wygląda logo Singapuru, Lichtenstainu czy też Szwajcarii, ciekawe nie wiem również jak wygląda logo Polski (nie mam na myśli oczywiście biało czerwonej) Mam jednakże ustalone pewne stereotypy, odnoszące się do tych oraz innych państw  (za wyjątkiem Polski bo tu siłą rzeczy jestem głęboko nieobiektywny).

Te biorą się z: doświadczeń, obserwacji, poszukiwań, informacji. Mniejsza część tych kalek, które noszę w głowie, a dotyczących innych narodów jest wynikiem mniej lub bardziej subtelnych zabiegów marketingowych czy też public relations. Czy mi się podoba czy nie – jestem marketingowany w tej sprawie na różne sposoby.

Kilka miesięcy temu w trawnik ambasady francuskiej w Warszawie wbite były, wycięte z dykty, pomalowane w krzykliwych kolorach koguty. Pomyślałem – mają ci Francuzi dystans do siebie i poczucie humoru zarazem. Przed ostatnimi mistrzostwami Europy na płocie ambasady szwajcarskiej powieszony był baner, gdzie (wybaczcie nie pamiętam dokładnie treści) z grubsza napisano, że Szwajcaria bardzo się cieszy, iż będzie mogła gościć polskich kibiców. Nie warto pisać o spotach w TV nawołujących by do Austrii na narty, po słońce do Egiptu, na drinka z parasolką do Tunezji etc. Takie zabiegi uznajemy za nader nieskomplikowane, ale wplatające się w coś co możemy ogólnie nazwać tzw. szeroko pojętym brandingiem narodowym.

Czy my zatem – jako naród - powinniśmy podobne sztuczki marketingowe wykonywać ? Oczywiście, że tak - to jest nasz psi obowiązek. Oczywiście budżet, skala, zakres, grupa docelowa to osobna – techniczna – dyskusja. Argument, że niby „my” jesteśmy słabym towarem i jakby go nie pokazywać to nic z tego nie wyjdzie - kompletnie do mnie nie przemawia. Inne narody również mają swoje słabości i tak samo jak my są dalece niedoskonałe.

Zostałem m.in. wyleczony z jednego z podstawowych polskich kompleksów, że niby „my Polacy” nadmiernie pijemy wódkę. Parę lat temu przebywałem w grupie Anglików  - no owszem, nie byli to wyrafinowani myśliciele z Oxford; jednak, było nie było - dumni synowie Albionu. Udaliśmy się do czegoś na kształt restauracji. Po pierwsze – jeszcze jednej butelki nie wypili, a ręką po następną sięgali, ale to pikuś – jak mówią ci od ubezpieczeń. Gdy zaczęli z łyżki do zupy, przez dziurkę od nosa, tę naszą dumną wyborową wciągać do przewodów oddechowych, uznałem, że in gremio, nasi obywatele w sprawie chlania, to grzeczne i spokojne pieski ratlerki.

Czy kampania promocyjna Polski jest komukolwiek do czegokolwiek potrzebna ? Jestem przekonany, że jest potrzebna i to permanentna !

Weźmy turystykę. Nie wiem, ile statystycznie jeden człowiek z zachodu zostawia u nas tygodniowa euro, ale niech to będzie średnio kwota 500 eu. Przepraszam za prostacki wniosek, ale im ich więcej przyjedzie tym większą będziemy mieli wielokrotność 500 eu pośrednio wpompowaną w nasze kieszenie.

Weźmy gospodarkę. Jak im pokażemy, że na tle choćby państw bardziej wschodnich u nas jest ekonomicznie raczej spokojniej być może przyjadą i będą chcieli postawić fabrykę czegoś tam = nieco euro do naszej kieszonki i robota dla ludzi, etc – tylko trzeba ich do tego namawiać, przekonywać, marketingować – bo przecież samo się nie zrobi.

Weźmy sport i takiego Kubicę Roberta; niechby np. zaczął w tym Ferrari jeździć i niechby sobie wypisał na kasku „made in Poland” – w sensie jego głowa spoczywająca w środku. I cóż mamy znakomitą myśl techniczną przyobleczoną w czerwone, a znane na całym świecie barwy; oraz syna naszego narodu, który inteligentnie i odważnie ujarzmia tą „mechaniczną bestię”  - jadąc po kolejne zwycięstwo. Zadziałałoby ? znacznie lepiej, niż prostawy hydraulik z kluczem w dłoni.

Weźmy kulturę np. Rok Chopinowski. Docieramy do wykształconych i wyrobionych intelektualnie tego świata: bardziej decydentów niż naśladowców.  Ci raczej mają środki finansowe, w innym przypadku nie byłoby ich stać na wsłuchiwanie się w oddech twórczy, naszego poety fortepianu.

Tak absolutnie przyjmuję jako aksjomat konieczność stosowania zabiegów marketingowych; wobec produktów i usług, ale również wobec naszego kraju.

Aktualnie świat skonstruowany jest na fundamencie informacji; z kluczową rolą mediów - niestety na całym świecie wypełnionych coraz głupszymi iinformacjami. Więc stwierdzam jest konieczna praca w tym względzie m.in. po to by informacje o nas w jak najmniej przekłamanym kształcie docierały do odbiorców. Po to choćby by przyjechali do nas i po 500 euro na głowę, przez tydzień zostawili w naszym małym biznesie.

Z premedytacją skręcam za każdym razem ku pieniądzom; bo one są najtrudniej zbijalnym argumentem; tak mówmy o pieniądzach jakie dzięki temu możemy zarobić ...

Komentarze (9)
Choreografia, scenografia, reżyseria 2.0
 Oceń wpis
   

Nasila się przekonanie, iż coraz większa część nakładów marketingowych powinna być nakierowana na eksploatację internetu. Nie mam oczywiście na myśli aroganckich i denerwujących swoją natarczywością banerów, które nauczyły się przybierać różnorakie kształty i wydawać z siebie dźwięki. Tym co dziś ekscytuje publiczność to fenomen social media.

Temat jest również niezwykle ważnym dla marketerów; wyznaczającym szlaki poszukiwań na przyszłość. Ten kanał komunikacyjny jest nader pociągający i perspektywiczny. Nie jest żadnym odkryciem, że portale społecznościowe jak: Facebook, MySpace, ostatnie odkrycie Twitter czy też nasz rodzimy Goldenline (ciekawe jak idzie naszej-klasie? Czy też grono ?), każdego dnia przyciągają, rzesze nowych użytkowników. Ci łączą się w różnego rodzaju grypy tematyczne, dyskutują o problemach, wymieniają się poglądami ? Dodatkowo,  ostatnie wydarzenia w Iranie, a raczej narzędzia dzięki którym jesteśmy na bieżąco informowani co tam się dzieje - jeszcze bardziej podgrzewa i ogniskują naszą uwagę.

Fenomen social media jest dla marketingu niczym ziemia obiecana; stosunkowo nowym, a fascynującym i obiecującym polem do działania. Dlaczego ? Oto w jednym miejscu mamy dostęp, do często, opisanych z imienia, nazwiska, wieku, bywa zainteresowań żywych ludzi. Z którymi można się w niezwykle prosty sposób skomunikować; prosty - wystarczy wysłać informację, która może być początkiem owocnego dialogu. Ten zaś być może doprowadzi do interakcji handlowej – nabycia towaru lub usługi.   I wszystko to, brzmi niezwykle prosto, ale wyłącznie tylko do tego momentu !

Po pierwsze sam fakt dodania swojego proflilu do portalu społecznościowego wcale nie oznacza, że jest się aktywnym uczestnikiem intrenetowej gry społecznościowej - co jest jedną z pierwszych pułapek zastawionych na marektera. Po wtóre logowanie się i „życie” w serwisach dyktowane jest najczęściej innymi przesłankami.

Osobiście, jestem w miarę aktywnym uczestnikiem „życia 2.0” i przy okazji pisania tego bloga, zastanowiłem się więc „a po co mi to wszystko ?”  Otóż moje motywacje są następujące:

a/ poszukiwanie inspiracji;

b/ poszukiwanie świeżych pomysłów dot. mojej pracy zawodowej, ale również odnoszących się do moich osobistych zainteresowań;

c/ poznawanie i nawiązywanie relacji z nowymi ciekawymi ludźmi tak pod kątem zawodowym jak i z moich grup zainteresowań;

d/ śledzenie mojego życia branżowego (public relations, marketing) wszelkich zmian, rodzących się tendencji, sytuacji kryzysowych, etc

e/  prezentowanie w zdefiniowanych grupach: swojej osoby oraz  firm naszej grupy (ale już wiem, że póki co nic nie zastąpi klasycznej sprzedaży, pod koniec dnia należy zrobić klasyczną prezentację i przekonać potencjalnego klienta)

f/ dla przyjemności i rozrywki

… w tym krótkim zestawieniu nie znajduje się poszukiwanie towarów i usług i myślę, że większość z Państwa ma podobne nastawienie.

Myślenie to potwierdza badanie przeprowadzonego przez www.ciszewskipr.pl/aktualnosci/871-usa-california-portale-spolecznosciowe-a-wartosc-marketingowa.html Knowledge Networks - okazuje się, iż zaledwie 4% osób funkcjonujących w tego typu miejscach poszukuje tego typu wiedzy aby podjąć decyzję zakupu. Ale ciekawe jest to, iż 63% użytkowników akceptuje wszelkie reklamy na portalach. Zdają sobie oni bowiem sprawę, że to jest przepustką aby mieć bezpłatny dostęp do takich miejsc; ale już tylko 16% jest bardziej skłonnych nabywać produkty, prezentowane na portalach.

Jednocześnie jesteśmy głęboko przekonani, że my, nasze pomysły, firmy które reprezentujemy muszą- po prostu muszą -  być obecne w internecie, a w społecznościówkach w szczególności. Tak wiec dla osób zajmujących się marketingiem gówym wyzwaniem jest by pojąć i starać się metodologicznie opisać - w jaki sposób poruszają i co powoduje tymi przeogromnymi masami ludzkimi skrytymi za nick’ami lub pokazującymi się z nazwiska.

To oznacza po pierwsze – ciągłe uczenie się rzeczywistości internetowej. Przeczytanie kilka lat temu książki „Google story”  było dla mnie czymś na kształt iluminacji i olśnienia. Po wtóre mozolną pracę (poświęcenie dużej ilości czasu) nad swoimi profilami, blogami, twitterami, wypowiedziami. Wszystko po to by być bieglejszym w sztuce tworzenia: scenografii, choreografii, reżyserii 2.0. A to potrzebne aby utrzymywać się w głównym nurcie wydarzeń zawodowych i biznesowych.

Kilka dni temu widziałem w TV wypowiedź Hilary Clinton, która (chyba ze wstydem) przyznała się, że nie wie co to twitter.

Cóż – nobody is perfect. 

  

Komentarze (1)
Najnowsze komentarze
2014-01-06 19:27
najlepszeprezenty.com.pl:
Marka Polska - najlepiej strzeżony sekret Europy
pozdrowienia :)
2013-12-23 13:02
rtvagd.net:
Kolęda PZPN
Wesołych świąt! :)
2013-12-22 00:36
sw-elzbieta.com:
Co ma zrobić Adam Małysz ?
Wesołych świąt! :)
O mnie
Jerzy Ciszewski
Od lat zajmuję się zawodowo public relations; od niedawna również marketingiem sportowym. W pracy, nie muszę się do niczego zmuszać, a to z dość prozaicznej przyczyny - po prostu lubię to co robię